Dzisiaj będzie leciutko, słodziutko

30 czerwca 2019

a przynajmniej tak by się mogło wydawać bo wbrew pozorom, cukiernictwo to we Francji bardzo poważna sprawa. Przywdziewa z reguły piórka frywolnej zabawy, relaksu, szalenie miłego spędzania wolnego czasu, kulinarnej ekstazy, ostatecznej, niezrównanej przyjemności jaką człowiek może zapewnić sobie próbując czekoladowego ganaszu lub malinowego biszkoptu z minimalną domieszką soku ananasowego.

Spójrzcie jednak na skupione, ściągnięte miny uczestników ostatniego Salon de la Pâtisserie (Targów Cukiernictwa), który odbył się w czerwcu w Paryżu. Za maltańską konfiturą z pomarańczy, muślinowo- pralinowym kremem, idealnie symetrycznymi makaronami Mogador, babas z rumem i pudełkiem wielokolorowych cukierków przypominających zestaw dość ekskluzywnych cieni do powiek kryją się jednak często lata przygotowań, specjalistyczne kursy otoczone kultem podobnym do szacunku, jakim wszyscy zwyczajowo darzą klasyczne uniwersytety. Ogromny stres, rozedrgane emocje, krytyka, oceny, porównania, bezwzględna konkurencja, gigantyczne wymagania, pogoń za uznaniem Wielkich, międzynarodowa, oparta na gwiazdkach i Gwiazdach klasyfikacja, dążenie do perfekcji wzmocnione dodatkowo masową popularnością telewizyjno- internetowych show o gotowaniu, konferencji i zajęć dla amatorów, rozszalałym rynkiem warsztatów, książek pod tytułem « Wanilia i te sprawy » i smartfonowych aplikacji pt. « Jak jeść po książęcemu na co dzień ». Specyficzne dla francuskiej kultury podejście do szczegółów: choćby słowo « ciasto » jest tutaj mało popularne. Nie ma ogólnikowych ciast, czy ciastek, są więcej niż precyzyjne Opery, Paryże- Bresty, Szwajcarskie Chlebki, Chouquettes i Święte Honoriusze, dlatego nie zdziwcie się, gdy kelner obdarzy Was mocno pytającym spojrzeniem, jeśli następnym razem poprosicie po prostu o « coś dobrego ». Tak częsty poza tym w Polsce « kompleks zawodówki » (pamiętam, ileż to razy rozmawialiśmy o nim wracając z podstawówki w dzieciństwie, wykluczając jakikolwiek inny od liceum ogólnokształcącego przyszły wybór!) tutaj praktycznie nie istnieje, a jeśli gdzieś jest, to głęboko ukryty, właściwie niezauważalny, przykryty narodową dumą kulinarną. Wiemy, Francja to ponad wszystko kraj intelektualistów lecz coraz częściej o prawdziwy zawrót głowy i poźniejszą medialną euforię przyprawia zdobycie nagrody w konkursie na Cukiernika Roku. Paradoksalnie wobec tego, co z reguły sobie wyobrażamy, z największym podziwem i powszechnym uznaniem odnosi się do sukcesów kucharzy, farmerów okrzykniętych regionalną sławą, restauratorów. Kuchnia ma tu rangę sztuki, a jest tak od przedrewolucyjnych czasów gdy przez wieki odgrywała kluczową rolę na dworze królewskim, była liczącym się w światowej polityce i dyplomacji argumentem.

Solony słynną solą z Guérande, naturalny karmel designer’a owoców, Atelierd2i jest moim prywatnym hitem targów, rozpływa się w ustach i stanowi zaprzeczenie charakterystycznego zwykle dla tego rodzaju produktów nieznośnego przesłodzenia. Sprzedawany w pojemnikach 600 g, 3 kg i 12 kilogramowych wiaderkach (!!), służy do ulepszania m.in. lodów, jogurtów, naleśników i gofrów i może przybrać pełną lub kremową konsystencję, idealnie komponuje się z jabłkami zwanymi fruitissimes. Powstała w Normandii, a działająca dzisiaj w les Hauts-de-France rodzinna firma wytwarza rocznie 1200 ton produktów i 500 nowych przepisów ze 120 owoców w liczącej 3200 m2 fabryce. Owocowe przetwory, nadzienia, skórki cytrusów, chutneye bez niepotrzebnych dodatków. Mirabelki, wiśnie, egzotyczne mieszanki, jabłka tatin, gruszko- porzeczki z imbirem, figi z cebulą lub miodem, brzoskwinie z pieprzem syczuańskim, morele z migdałami, jadalne kasztany … kuszą samym wyglądem swej nieskończonej formy bez akompaniamentu.

Targi Cukiernictwa, niepowtarzalna okazja by na kilka godzin zanurzyć się w świecie znanym z telewizyjnych hitów, zobaczyć kuchnię od kuchni przyprawioną całkiem sporym dzisiaj psychologicznym ciężarem odbyły się w dniach 14-17 czerwca w hali przy Porte de Versailles w Paryżu.

Maison Perrotte
Solony karmel Atelierd2i
Przetwory owocowe Atelierd2i
Makarony Pierre Hermé
Vanille Bourbon
Maison Aleph
Vanille Bourbon
Atelier Sekrety Muriel
Sadaharu Aoki Paris
Domori
Lody Pierre Hermé
Esquimaux Glacés
Mąka z Młynów Braci Chaudé z Wersalu
Citron Safran
Babas z rumem, Une Glace à Paris
Ateliers Ferrières
Flans Gourmands
Szkolenia Francuskiego Instytutu Kulinarnego

Lata trzydzieste…

10 czerwca 2019

dwudziestego wieku były dla mnie zawsze sporą artystyczną tajemnicą jak chyba żaden inny okres w historii sztuki. Nie przynosiły konkretnych skojarzeń, nigdy nie wywoływały oczywistych obrazów. Być może dlatego pierwsze pytanie jakie przyszło mi do głowy gdy zobaczyłam nazwę « Muzeum Lat Trzydziestych » brzmiało nieelegancko « czyli właściwie czego? ».

Kluczowym argumentem przemawiającym za odkryciem owego sekretu było bez wątpienia samo Boulogne- Billancourt: małe, niezwykle spokojne i sympatyczne miasteczko położone tuż za południowo- zachodnią granicą Paryża, o jedną stację metra zielonej linii nr 9. To do Boulogne właśnie uciekają ostatnimi czasy przebojowi kreatorzy startupów, zaharowani po czubki uszu trzydziestolatkowie z korporacji, wyzwolone właścicielki agencji PR, pary z dziećmi zakochane w ultranowoczesnej, acz zaskakująco ładnej dzielnicy Trapezu wybudowanej w pośpiechu na resztkach dawnej fabryki Renault. Do Boulogne jeździ się teraz na zajęcia z jogi, qigong, pograć w tenisa na cholernie drogich kortach Roland Garros, czy po prostu posiedzieć w kwitnącym na blado-różowo, idealnie prostokątnym parku z 2017 roku. Tak wypada. W Boulogne kupuje bardzo rzadko dostępne w Paryżu mieszkania z dużymi balkonami, chodzi po centrum handlowym z ludzką twarzą « Les Passages » (czytaj: zatłoczenie nie przekroczyło tu jeszcze typowego dla każdej metropolii poziomu nieznośności) i śledzi się tu wszelkie inne trendy i mody, chwilowe lub trwałe. Boulogne, Boulogne, Boulogne troszeńkę jak Wilanów… zatem i ja również niepodważalnie uległam jego urokowi, tym bardziej, że jak się okazuje ma też zupełnie inną magiczno- klasyczną stronę: rezydencje ulic Salomona Reinacha i Roberta Schumana!

Wystawy w Paryżu mają liczne zalety: są gigantyczne (bardzo często to ciągnące się przez kilka pięter wyczerpujące retrospektywy- kolosy), za każdym razem dobrze i niezwykle bogato opisane, skomentowane, ozdobione interaktywnymi dodatkami, często pogrążone w inspirującym półmroku, a miejscami głębokiej czerni z której wpatrują się w nas oczy skupionych postaci,  szalenie poważne twarze naszych przodków, fragmenty podświetlonych punktowo obrazów. Błyszczą paski złoconych, renesansowych sukni, mienią się sztrasowe elementy kultowych rękawów z przeszłości. Przede wszystkim, takie ekspozycje gromadzą unikalne dzieła, dla których nierzadko ludzie gotowi są przejechać specjalnie tysiące kilometrów, choćby na 3 dni, tam i z powrotem. Każdy, nawet najbanalniejszy temat, wątek, czy króciutki okres historyczny rozwija się tu i eksploruje do granic możliwości, nie ma wydarzeń niegodnych, wydaje się, że nie ma też artystów nieważnych czy niezasługujących. Jeśli zorganizowano dla Ciebie muzealną wystawę, to możesz być pewien, że kilkadziesiąt osób pracowało nad nią przez kilka lat bez wytchnienia, a efekt będzie na najwyższym poziomie. Nigdy nie zapomnę na przykład przeżyć z Petit Palais: przepięknego pokazu legendy kryształów Baccarat z okazji 250- lecia manufaktury, by dostać się do środka zamarzałyśmy najpierw przed wejściem przez ponad 2,5h. Absolutnie nie da się też wymazać z pamięci oszałamiającej dźwiękiem i kolorami ekspozycji w Grand P. « Jean Paul Gaultier » ; o tej ostatniej długo rozpisywały się zresztą media na całym świecie. Wada paryskich wystaw jest za to jedna: tłum. Nieprzebrany, niekończący się tłum latem, wiosną, jesienią i zimą, o każdej porze dnia i nocy, każdego dnia tygodnia. Przypominam sobie tutaj dwa skrajne przypadki: masę ludzi do retrospektywy Picassa o 4.30 nad ranem oraz kilkugodzinną kolejkę na wystawę biżuterii Cartier. Zbliżenie się do jakiegokolwiek naszyjnika, jakiejkolwiek kolii na odległość bliższą niż pół metra wymagało nieraz dobrych pięciu minut oczekiwania, a czasami było po prostu niemożliwe ze względu na ścisk i koszmarnie wysoką temperaturę. To oczywiście nie jest wystarczający powód by na wystawy w Paryżu nie chodzić (o zgrozo!, ile się wtedy traci) jednak nawet nałogowa ich wielbicielka jaką w miarę lat ewidentnie się stałam powinna co jakiś czas zwyczajnie zrobić sobie przerwę. I tu na ratunek ponownie przychodzi Boulogne…

Muzeum Lat Trzydziestych na początku zadziwiło mnie frapującą pustką, zwiedzałam je dwa razy w krótkich odstępach czasu i za pierwszym razem właściwie sama, następnym pojawili się pojedynczy turyści. Obsługa miała więc okazję na przykład powiedzieć mi, że wszystkie piętra ekspozycji można przejść po drewnianych, niewidocznych na pierwszy rzut oka, wewnętrznych schodach, a niekoniecznie przejechać je windą. Wrażenia najbardziej niezapomniane, zaskakujące? Uderzające? Meble w stylu Art Déco wypełniające całą, osobną salę. « Portret Tadeusza de Lempickiego » Polki Tamary de Lempickiej z 1928, podobno malowała go w dramatycznych okolicznościach opuszczenia przez męża, dlatego lewa dłoń jest nieskończona. Animalizm: majestatyczne, portretowe rzeźby zwierząt. Wzniosłe kakadu, elegancka małpa z wybitnie ludzkimi paznokciami, czarny ptak z niepowtarzalną osobowością. Inteligencja przyrody. Mocno zaznaczające swoją obecność w dziwnym bo bardzo nowoczesnym realizmie symboliczne wątki religijne… a przecież nigdy nie spodziewałabym się odnowy sakralnej w latach trzydziestych właśnie. Wielkie, ciemne, ceramiczne wazy. Przepiękna makieta architektoniczna prywatnej rezydencji w Alei Schumana. Niezwykle refleksyjny « Klaun z dzieckiem » Ruckiego, przypominający nie wiedzieć czemu Slavę Polounine’a i klaunowe postaci Cirque du Soleil.  « Szkoła z internatem w Nemours » z atmosferą panienek i paniczy z dobrych domów w stylu Mary Poppins, tyle że w wersji smutnej.  « Wieśniaczka i jej syn » w ciekawych, trochę pastelowych, lekko niepokojących barwach. Być może tylko mnie jej forma kojarzy się z siermiężnymi statuami socrealizmu. Obsesja podróży, eksploracji, odkrywania świata, fascynacji nieznanym, sztuka kolonialna. Zainteresowanie etnicznością wyczuwalne jest w całej serii rzeźb i obrazów o Sudanie, Wietnamie, Hiszpanii, obfitych roślinnych pejzażach, czy niesamowitym przedstawieniu burzy. Cudownie abstrakcyjne « Śniadanie na trawie » Roberta Caby’ego.

Wspomnienie słynnych boulońskich niedziel (ukłon w stronę naszych Obiadów Czwartkowych? :)) wymyślonych przez Daniela- Henry’ego Kahnweiler’a, handlarza kubistycznych obrazów i Juana Gris’a, a na których pojawiali się przedstawiciele ówczesnej awangardy literackiej i artystycznej, m.in. Pablo Picasso, Tristan Tzara, André Malraux, czy Erik Satie.  

Maksymalnie dopracowane, koronkowe wręcz rzeźbione mury i psychologiczne portrety autorstwa Paula Landowskiego. Rzeźbiarz polskiego pochodzenia jest tutaj postacią ogromnie ważną, prawdziwym bohaterem: dedykowano mu całą, osobną przestrzeń z selekcją aż 75 dzieł, a monumentalnym zbiorom poświęcono estetyczną, fajnie wydaną, krótką (!) broszurę. Landowski słynie głównie z projektu giga posągu « Chrystusa Odkupiciela» w Rio de Janeiro (jednego z nowych siedmiu cudów świata, tego na wszystkich kartkach pocztowych z Brazylii). Artysta jest też autorem « Montaigne’a » na przeciwko Sorbony i fontann przy Porte de Saint Cloud w szesnastej dzielnicy, obecnie w remoncie. We wstępie do broszurki mer Boulogne pisze, że Landowski bardzo dbał o to, by każde jego dzieło zawierało « ziarno prawdy, powiew szczerej emocji ». W latach 1920- 1940 znajdowały się w sumie w Boulogne aż 32 rzeźbiarskie ateliers ! 

Mam też dobry adres jeśli kiedykolwiek w Boulogne zgłodniejecie: to mini- japońska restauracja Ajisai z mnóstwem różnych menus przy ulicy Michelet, przetestowana wielokrotnie w ramach biurowego lunchu. Niedaleko stąd do parku Saint- Cloud, ale to już całkiem inna opowieść 🙂 

Paul Simon « Orangutan »
Paul Landowski « Mur bohatera »
Paul Landowski, « Michel de Montaigne »
Paul Landowski, « Michel de Montaigne »
Henri- Albert Lagriffoul « Głowa Sudańczyka »
Edouard Marcel Sandoz « Kruk »
Max Blondat « Śpiąca miłość »
Bernard Boutet de Monvel « Szkoła z internatem w Nemours »
Anna Quinquaud « Portret Nénégalley, córki Turno- Moktara »
André Marchand « Wieśniaczka i jej syn »
Olga Yversen, « Kakadu »
Henry de Waroquier « Hiszpania, burza w Estelli, Navarra »
Robert Caby « Śniadanie na trawie »
Jean Lambert Rucki, « Klaun z dzieckiem »
Carlo Sarrabezolles, « Dziewica z Dzieckiem »
Jean Léon Courreges, « Makieta rezydencji Renard » 19 bis, av. Robert Schuman

Filharmonia paryska na obrzeżach parku la Villette

24 lutego 2019.

Pierwsze w życiu spotkanie pod znakiem burzy włosów niesłychanie charyzmatycznego Christoph`a Altstaedt`a, elegancji François Dumont’a i zupełnie niezwykłego fragmentu twórczości Elżbiety Sikory. Orkiestra Pasdeloup. Miniatury n° 2 i 3 polskiej kompozytorki. Koncert fortepianowy a-moll op. 54 Roberta Schumanna. Symfonia n° 4 Johannes`a Brahmsa. „Romantyzmy”.

Gdyby zechcieć zliczyć listewki na fasadzie filharmonii plus całą ich masę zwisającą z sufitu wewnątrz, rzucilibyśmy się bez wątpienia z motyką na to aluminiowe, spektakularne słońce. Samych zewnętrznych płytek czyli metalowych „ptaków” jest na budynku 340 000. Jedzie się tutaj długo, momentami mroczną i nierzadko przepełnioną 5tą linią metra. Otwarta w 2015 r. filharmonia należy, wraz z budynkiem Cité de la musique Christiana de Portzamparc’a do tzw. „muzycznego miasteczka”. Stanowi ona część specjalnego, kulturalnego kompleksu w 19tej dzielnicy Paryża. Projekt Jean’a Nouvel zwyciężył w konkursie na przestrzeń, której dotąd w stolicy nie było. Obejmuje salę Le Studio, idealną dla muzyki kameralnej, współczesnej czy projektów tanecznych/ wideo i ogromną salę koncertową im. Pierre’a Boulez. W założeniu budynek miał być zupełnie nowym miejscem spotkań, wystaw, unikalnym edukacyjnym atelier. Rocznie odbywa się tu prawie 500 koncertów z dziedziny muzyki symfonicznej, barokowej, współczesnej, świata, jazzu, pop i rocka, a na pierwsze zajęcia z muzycznego rozbudzania można zapisać już 3- miesięczne niemowlę.

„Słuchać, widzieć, uczyć się, odkrywać i praktykować muzykę w każdej postaci. Muzyka bez granic, bez krawata, bez bagażu, muzyka przeżywana swobodnie, muzyka bez wahania, bez kompleksów, bez potrzeby rozbijania banku, bez uprzedzeń, bez przygotowania, muzyka natychmiast, muzyka bez przerwy” głosi hasło na stronie instytucji. Ewidentnie przekłada się to na praktykę bo repertuar na 2019/2020 obejmuje m.in. twórczość Ludwiga van Beethovena, serię koncertów i spektakli dedykowanych Afryce, ale też eksperymentalne projekty, koncerty kinowe wokół Charlie’go Chaplina, Danny’ego Elfmana/ Tim’a Burtona („Alicja w Krainie Czarów »), „Draculi”, czy „Szczęk”. Wśród szczególnie ciekawych wydarzeń: wrześniowy weekend petersburski, listopadowy islandzki („Wokół Björk”), marcowy Weekend kobiet, występy Marthy Argerich w październiku, listopadzie i lutym, Chick Corea Trilogy 2go marca, koncert kinowy dla rodzinek z dziećmi o samotnym niedźwiedziu i osieroconej myszy „Ernest i Celestyna”, kwietniowy „Weekend Picassa” o związkach malarza ze światem muzycznym, flamenco i rosyjskim baletem… Prawdziwa gratka: koncert wokalny z udziałem genialnego kontratenora, Jakuba Józefa Orlińskiego 21 kwietnia 2020 o 20h30 w sali Cité de la musique. Uwaga! Wiem z doświadczenia, że bilety na wszystkie muzyczne eventy wyprzedają się bardzo, bardzo szybko, warto więc kupować je z dużym wyprzedzeniem.

Wstrzymajcie oddech jeśli wybraliście bilet do sali im. Pierre Boulez’a, o której była mowa wcześniej. To miejsce jest atrakcją samą w sobie, wizualnie i architektonicznie „powala” innowacyjną formą jeszcze zanim dotrą do Was pierwsze takty muzyki. Daje poczucie nieograniczonej wręcz głębi, pływającej, falistej przestrzeni wypełnionej gdzieniegdzie zawieszonymi w powietrzu obłymi chmurkami. Ciepłe, świetliste, drewniano- kremowe barwy wzmacniają tę miejscami zaskakująco intymistyczną koncepcję. W jednej z takich balkonowych, otulających chmur być może właśnie zasiądziecie, chyba że wykupiliście kontrastowo „czarne miejsce” najbliżej sceny. Sala powstała we współpracy z Japończykiem Yasuhisą Toyotą i pionierem nowatorskich projektów opartych na odbiciach bocznych, Sir Haroldem Marshall’em. Ma perfekcyjną akustykę, będącą połączeniem dźwięków bezpośrednich i odbić, a potężna, zewnętrzna przestrzeń dodatkowo przedłuża pogłos.  Ciekawostka: sala Boulez`a jest „pudełkiem w pudełku”, co oznacza, że ma zdysocjowane ściany, żeby nie przepuszczać do środka hałasu z zewnątrz. Jest równocześnie przestrzenią modułową, tzn. jej scenografia i wyposażenie dźwiękowe dostosowują się do wystawianego w danym dniu gatunku muzycznego. Jej pojemność może wzrosnąć z 2400 miejsc siedzących do aż 3500 częściowo stojących w trakcie współczesnego koncertu, daje też możliwość grania tzw. dzieł przestrzennych np. „Répons” Bouleza właśnie, tu w nagraniu z grudnia 2015 roku. Fani repertuaru symfonicznego mogą z kolei liczyć na inną atrakcję: sala wyposażona jest w przepiękne organy z austriackiej manufaktury Rieger`a, która w tym samym roku wykonała również instrument dla Filharmonii im. Arthura Rubinsteina w Łodzi.

Nie dane było mi przetestować „Balkonu”, restauracji na szóstym piętrze z panoramicznym widokiem na Paryż i pobliski park de la Villette, ale kawę w le Café des Concerts podają świetną, w dodatku w zupełnie normalnej cenie 🙂

Filharmonia 6

Filharmonia 5

Filharmonia 2

Filharmonia 4

Filharmonia koncert

Filharmonia muzyka

Filharmonia zewnatrz

Filharmonia Ptaki